MENU






Wokół życia duchowego



Szczęść Boże, dziękuję za odpowiedź. Ale to niezupełnie tak. Nie chodzi o to, bym czuła się lepiej po spowiedzi. Bo to jest trochę tak, ze jak już długo tej spowiedzi nie ma, to człowiek chodzi jakiś taki ciężki. Tylko zastanawia mnie jedno. Jeszcze 15 lat temu spowiedź tylko dwa razy w roku (i grzechy "powiedziane najlepiej tak, by ksiądz nie dosłyszał, czy nie dopytywał za wiele), nie była dla mnie problemem. Dzisiaj patrzę na to tak, że ma usłyszeć wszystko, a jak dopyta o coś, to chyba tylko dla mojego dobra. Dziś nie wiem, czy wytrzymałabym pół roku bez spowiedzi. Chodzi mi o to, bym mogła się dobrze wyspowiadać, niczego nie pomijając, nie umniejszając. Fakt, że ostatnio miałam 3,5 miesięczną przerwę (odstęp czasowy) pomiędzy jedną spowiedzią, a drugą. A teraz, mimo, że zbierałam się długo, to w pewnym momencie, przy konfesjonale jakby zabrakło mi słów. Nie wiem, jak w tej sytuacji powinien zachować się spowiednik, czy powinien dopytać o coś, czy nie. W pewnym momencie ksiądz po prostu powiedział mi jedno zdanie i przeszedł do formuły rozgrzeszenia. Nawet nie wyraziłam słownie żalu za grzechy. Ale czy powinnam czuć się lepiej? Duchowo - jak najbardziej tak. Bo przecież spowiedź jest sakramentem uzdrowienia. Nie chodzi mi tutaj o uczucia ludzkie. Przepraszam, że nie umiem tego jakoś inaczej wyrazić. Ale może to jest właśnie problem. Że coś się dzieje w mojej duszy, a ja być może potrzebuję pomocy, ale nie umiem tego jakoś określić i porozmawiać o tym z kapłanem. Pomyślałam, że spowiedź też jest dobrym momentem do tego, bo przecież nie spowiadam się tylko z tego, co zrobiłam/nie zrobiłam. Nie winię tutaj absolutnie spowiednika. Problem polega na tym, że spowiednik, choćby był nie wiem jak świetny, niewiele może pomóc, jeżeli człowiek jest zamknięty. Z drugiej strony mogłabym pójść na łatwiznę w stylu: "wyznałam grzechy, pokutę odprawię, dostałam rozgrzeszenie". Bo o to chodzi. Tylko, że od pewnego czasu zaczęłam się nad tym zastanawiać z innej strony. Od strony mojej szczerości przed Bogiem, otwartości. Nie wiem, jak to inaczej określić, ale Ksiądz pewnie wie, co mam na myśli. Spowiednik jako osoba, ma dla mnie znaczenie drugorzędne - w sensie takim, że nie muszę spowiadać się u tylko konkretnego księdza - bo żaden inny mnie tak nie wyspowiada. Dzięki Bogu już dawno odeszłam od takiego myślenia. Jakieś kilka miesięcy wcześniej również miałam podobną sytuację na spowiedzi. Kapłan być może nie dosłyszał czy coś, w każdym razie udzielił mi rozgrzeszenia, zanim powiedziałam wszystkie grzechy. Przez kolejne 20 minut zastanawiałam się, czy mogę podejść do Komunii Świętej, czy może jednak nie. Od tego momentu przyjęłam taktykę, że grzechy ciężkie mówię najpierw, w tempie ekspresowym - z obawy, że przynajmniej te zdążę powiedzieć, zanim ksiądz mi przerwie. Do spowiedzi, tej sprzed laty, powracam pamięcią być może dlatego, że była to moja pierwsza w życiu spowiedź poza konfesjonałem. Z tego, że wtedy coś zataiłam, już się wyspowiadałam później. To nie jest tak, że sama z siebie uporczywie wracam myślą do tej spowiedzi. Po prostu czasem przypomina mi się ten wyjątkowy moment i zaraz słyszę słowa: "widzisz, a mogło być tak pięknie". Mam w sobie (w duszy) taki chaos. Z jednej strony totalny bałagan, z drugiej - jakieś takie pragnienie, tęsknota za odczuwaniem Boga? Pisze Ksiądz, że powinnam godzić się na to, że jestem sama itd. Z jednej strony to racja. Z drugiej, rzecz trudna do zrealizowania. Bo brak boli. Czasem nawet bardzo. Człowiek tu na ziemi też żyje po coś. A jeśli ma dla kogo - to jest choć trochę łatwiej. I to nie jest moja teza. Sam Bóg to wymyślił, wzywając człowieka do miłości. Nie mówię tu o relacjach damsko-męskich, ale ogólnie o relacjach międzyludzkich. O takich pozytywnych wartościach jak życzliwość, uprzejmość, troska o kogoś, rodzina i można tak wymieniać. Nawet Apostołowie chodzili po dwóch. Proponuje. mi Ksiądz, bym się zwierzała Bogu ze wszystkiego. To da się zrobić. Tylko nie jestem pewna, czy da się żyć, tak jak ja żyję teraz - tak już zawsze. Różnego rodzaju problemy natury psychicznej, nie zawsze się biorą u ludzi ot tak. Wielu z nich zostało gdzieś tam zranionych, skrzywdzonych. Moje dzieciństwo było szczęśliwe, okres dojrzewania już niekoniecznie. Potem zderzenie z rzeczywistością. A może rzeczywiście powinnam się stać taka jak większość? Czyli nie myśleć - kolokwialnie mówiąc. Tak, bo wrażliwość też przeszkadza w życiu, czasem bardzo. A to, o czym Ksiądz mówi, że powinnam mówić wszystko Jezusowi, tak czynię już od jakiegoś czasu. To Jego prosiłam o spowiedź, bo byłam w takim stanie ducha, że na pewno do spowiedzi sama z siebie bym się nie wybrała. A może poszłam do niej głównie dlatego, że chciałam móc przyjąć Komunię Świętą.



Najlepiej do spowiedzi przystępować raz w miesiącu, choćby z racji pierwszego piątku czy pierwszej soboty miesiąca. I dobrze jest mieć stałego, czyli tego samego spowiednika.

Kapłan w konfesjonale często nie chce rozmawiać, kiedy jest kolejka penitentów do spowiedzi. Żeby rozmawiać, trzeba umówić się oddzielnie na taką spowiedź z rozmową. Trzeba kapłana uprzedzić, że potrzebujesz rozmowy.

Bardzo często wystarczy jedno zdanie, które powie kapłan, aby uzyskać światło i kierunek zdążania po spowiedzi, do następnego spotkania z Jezusem w tym sakramencie.

Mówisz o tym, że z jednej strony masz bałagan w duszy, z drugiej tęsknota za odczuwaniem Boga. To jest prawidłowe. Tęsknota jest znakiem objawienia się Boga w Twojej duszy i Jego działania. Odczucie bałaganu jest znakiem porządku, którego dokonuje Jezus w Twojej duszy. Niektórzy zupełnie nie odczuwają bałaganu w duszy co może oznaczać, że nie dokonuje się ich uzdrowienie czyli nawrócenie.

Wielu ludzi odczuwa brak innych przy sobie, ale też samotność w sercu. To boli. Czy taka samotność nie jest po to, aby wypełnił ją Bóg w naszym życiu? Możemy na tej ziemi żyć dla określonego człowieka, ale też możemy żyć dla Boga, który posyła nas do ludzi. Nie do jednej osoby, lecz do wielu spragnionych miłości, dobroci, łagodności, miłosierdzia. Kiedy jesteśmy życzliwi, uprzejmi, kulturalni, łagodni, zawsze będą przy nas inni spragnieni takich właśnie wartości.

Wrażliwość nie tyle przeszkadza w zżyciu, lecz czyni jest głębszym. Człowiek więcej widzi, więcej słyszy i więcej od innych odczuwa, rozumie. To boli. Większa wrażliwość to i większe cierpienie. Często to, co uznajemy w naszym życiu za obciążające nas, a nawet niepotrzebne, jest łaską Boga, Jego darem dla nas umacniającym. Warto i w taki sposób zacząć postrzegać to, co wydaje się być jedynie niepotrzebną przeszkodą.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 15983 * Liczba gości online: 1 * Ostatnia aktualizacja: 2019-11-21
© 2002-2019 by ks. Józef Pierzchalski SAC