MENU






To jest najtrudniejsze



To jest chyba najtrudniejsze - aby przyjąć to, co Bóg da, a co być może nie jest tym, czego bym chciała. Boję się tego, co może nastąpić w przyszłości. Wiele rzeczy musiałam przyjąć, ale to nie oznacza, że zaakceptowałam ten stan. Boję się większego bólu i niesamodzielności, bo muszę sobie radzić sama w codzienności. I na chwilę obecną - nie wyobrażam sobie nawet stanu, w którym musiałabym być całkowicie zależna od czyjejś pomocy. Nie wiem, na ile ufam Bogu, ale na pewno nie potrafię jeszcze zaufać tak całkowicie. Nie wiem, czy w ogóle ufam. Jestem po prostu po ludzku zmęczona sytuacją. W takim stanie przychodzą niekoniecznie dobre myśli, w stylu: "ok, Jezus cierpiał strasznie. Ale On jest Bogiem i mimo, że jako człowiek przyjmował to cierpienie, to jednak to, że jest Bogiem i miłość Ojca - dawała Mu siłę, żeby to wszystko znieść". Do tego dokłada się mój obraz Boga. Boga, który owszem kocha. Ale czy mnie kocha, tak jak resztę - to bym polemizowała. Ale na szczęście Bóg ma inne spojrzenie na wszystko, niż ja. Chyba potrzebuję rozmowy z księdzem. Tylko problem polega na tym, że nie umiem, tzn. nie wiem jak powiedzieć księdzu o tym, co mi w duszy siedzi. Przymiotników i rzeczowników mi brakuje. A może właśnie to, że mi ich brakuje, oznacza, że wcale takiej rozmowy nie potrzebuję? W każdym razie jeżeli chodzi o spowiedź, to pomimo trudności z zebraniem się do niej - tu wreszcie wystarcza mi samo sedno. Czyli wyznanie grzechów, resztę zostawiam spowiednikowi. Tyle, że ze spowiedzi na spowiedź mam coraz trudniej i wydłuża mi się czas od jednej do drugiej. Myślę, że częściowo przez epidemię, a częściowo przez swój stan fizyczny. Chyba - aż boję się tego napisać - straciłam już wiarę w to, że może być lepiej. Żałuję tylko jednego w tym temacie - że tak dużo czasu zmarnowałam, by do tego dojść. Bo to nie były miesiące, tylko lata. Dziękuję Księdzu za prowadzenie - właśnie przez te 11 lat i za cierpliwość. Pozdrawiam serdecznie.



Nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, że konieczna będzie nasza zależność od innych. Dobrze jest ją przyjąć z wdzięcznością Bogu, że pojawi się ktoś, kto będzie chciał się nami zająć, pomóc, udzielić wsparcia.

Zaufanie Bogu nie jest w zakresie naszych możliwości. To dar Pana Boga. Nie usiłuj tego robić na własną rękę polegając na jakichkolwiek swoich umiejętnościach. Proś Boga o dar zaufania. Nam, podobnie jak Jezusowi, miłość Ojca daje siłę. Bez niej nikt z ludzi nie jest w stanie godnie przeżyć czasu swojego cierpienia, fizycznego bólu.

To wszystko, o czym napisałaś, zależy od obrazu Boga jako w sobie nosisz. Wierzący ufa Bogu bez względu na wszystko to, co się dokonuje z jego życiem. Najtrudniejsze jest cierpienie, ból. Wyobrażamy sobie, że Bóg się nami nie interesuje, nie chce pomóc, nie jest wrażliwy na to, co przyszło nam znosić.

Porozmawiaj z kapłanem. Powiedz o tym wszystkim tak, jak napisałaś do mnie. Mówisz językiem prostym, zrozumiałym, jasnym w odbiorze. Odwagi!

Rozumiem Cię. Chcesz, żeby było lepiej. Moje myślenie jest trochę inne. Powinniśmy prosić Boga o to, abyśmy przyjęli to, co będzie, zgadzając się z Jego wolą. Nie nastawiać się na to, że będzie lepiej, lecz przyjąć to, co będzie. Nie jesteś sama w swoim cierpieniu, bólu, niepewności. Jest dobry Bóg i są ludzie, którzy idą podobną drogą do Twojej.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 55590 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2020-11-30
© 2002-2020 by ks. Józef Pierzchalski SAC