MENU






Zapiski księdza

Niedziela, 30 listopada 2008

Nie zajdę daleko w życiu, jeśli cel mojej drogi widzę w realizacji siebie, w zadowoleniu, pomyślnym rozwiązywaniu spraw. Tylko wówczas, kiedy pójdę za moją najgłębszą tęsknotą, moje życie stanie się dla mnie zrozumiałe. Tęsknota wskaże mi Boga. Gdy przestajemy tęsknić, przestajemy też dobrze modlić się.

Dlaczego nie szukamy Boga? Bo możemy mieć chory obraz Boga. Nie pociąga nas to, co chore. Nie pociąga modlitwa, gdy jesteśmy chorzy. Jak człowiek ma chory obraz Boga, to sam musi być chory. Od obrazu Boga, zależy obraz samego siebie. Jak przeżywamy naszą relację do Boga, tak też przeżywamy relację w doniesieniu do bliźnich i do siebie.

Sobota, 29 listopada 2008

Niektórzy święci we łzach, widzieli warunek dobrej modlitwy. Łzy są znakiem bliskości Boga, wyrazem doświadczenia Go. Znaczący dla płaczu jest brak dystansu do tego, co wzrusza człowieka i przejmuje go. W płaczu już nic nie chcę osiągnąć, daję się dotknąć, objąć. Prawdziwy płacz jest łaską ogarniającą człowieka, gdy sam Bóg zaszczyca go spotkaniem ze sobą. Łzy w jakiś sposób jednoczą ze sobą ciało i duszę. Smutek wypływa właśnie z rozdwojenia ciała i duszy,, które dokonuje się przez grzech człowieka. W wyniku grzechu następuje rozdźwięk między duchem i ciałem, rozumem i uczuciami. Św. Maksym powiada, że: „łzy przywracają równowagę między niższymi a wyższymi zmysłami, między intelektem a uczuciem, jednoczą człowieka z samym sobą”. Łzy pozwalają uczuciom wyjść na zewnątrz. Włączają ciało w modlitwę. Człowiek reaguje na miłość Bożą już nie tylko myślami, ale i całym ciałem.

Jesteśmy tak wychowani, że staramy się powstrzymywać łzy; w ogóle powstrzymujemy nasze uczucia. To dotyczy nie tylko relacji z innymi osobami, ale i religijności, w której ze strachu przed sentymentalnością albo jedynie uczuciową pobożnością cofamy się chętnie na płaszczyznę racjonalnego spotykania z Bogiem. Serdeczna skrucha, płacz nad własnym grzechem jest wyrazem tego, że dopuszczam do siebie uczucia, że wpuszczam do serca uznanie mego grzechu. Gdy uwalniam w płaczu moje uczucia, staję się zdolnym do lepszego rozumienia Boga i ludzi. Prawdziwe zrozumienie uda się tylko temu, kto jest w stanie odczuwać. Kto nic nie czuje, nie rozumie ani innych, ani siebie. W nieprawdziwym uczuciu, w emocjach, które nas ogarniają, krążymy tylko wokół siebie, rozkoszujemy się sobą albo dajemy się przeniknąć przygnębieniu, rozdrażnieniu i złości. Emocje rozstrajają człowieka wewnętrznie. Płacz, który dopuszcza uczucia, prowadzi mnie natomiast do wewnętrznego uciszenia i pokoju.

Płacząc, nie jestem w głowie, lecz w sercu, które we łzach znajduje pokój wewnętrzny. Po płaczu człowiek czuje intensywną ciszę. Cisza po płaczu jest ciszą żywą, wypełnioną miłością. Wyrażanie uczuć w płaczu ma działanie i oczyszczające i odnawiające. Gdy człowiek nie może już w wystarczającym stopniu wyrazić swych uczuć, zaczyna chorować, ponieważ uczucia, które są tłumione, wcale nie umierają. W płaczu człowieka daje do siebie dostęp bólowi i cierpieniu. Człowiek, który nie potrafi cierpieć, nie będzie też umiał się cieszyć. Gdzie nie ma cierpienia, tam nie ma też wielkiego szczęścia. Nuda i pustka są skutkami. Szukanie namiastek następnym krokiem. Kto ustępuje z drogi bólowi, nie będzie umiał kochać. Kochać może bowiem tylko ten, kto pozwoli się zranić.

Gdy człowiek schodzi z drogi cierpieniom, które go doświadczają, ucieka w chorobę. Uzdrowienie może się zacząć dopiero wtedy, gdy dopuści do siebie stłumiony ból, odrzucone cierpienie. To dopuszczenie jest zazwyczaj związane z silnym płaczem. Płacz odciąża człowieka z nagromadzonych uczuć, które napierają na zewnątrz. Łzy łagodzą ból. Człowiek przez płacz uwalnia się od niego. Płacz staje się jedyną możliwością wytrzymania i odpowiedzenia na ból, który jakby nas pokonywał i przerastał. Należy poddać się łzom, dać się im ponieść, poddać się bólowi i równocześnie go uśmierzyć i z niego wyjść. Łzy stają się łzami uwolnienia, błogosławionymi łzami. Ból zamienia się radość. Człowiek zaczyna doświadczać radości, której rozczarowania i porażki już nie szkodzą.

Piątek, 28 listopada 2008

Martwić się trzeba wtedy, kiedy już nie potrafimy płakać. Może to bowiem oznaczać, że stłumiliśmy swoje uczucia, zabiliśmy wrażliwość, czyli serce. Łzy wyrażają najgłębsze nasze odczucia, opisują coś ważnego, co jest najgłębiej w człowieku, w ludzkiej duszy. Łzy wynikają ze smutku, z powodu oddzielenia od Boga, ze smutku spowodowanego utratą szczęścia. Smutek jest jednocześnie tęsknotą za szczęściem, za harmonią duszy i ciała, za pokojem, za umiejętnością niepodzielnego kochania. Smutek nie ma nic wspólnego z przygnębieniem, z brakiem ochoty, z pesymizmem i rezygnacją. Przygnębienie wysusza serce, odbiera mu prężność i czyni je pustym. Smutek natomiast uzewnętrznia się we łzach, w płaczu z powodu własnych grzechów. Łzy wskazują na to, że człowiek zbliżył się do prawdy. W płaczu człowiek spotyka samego siebie, poznaje siebie, jest zdolny siebie przyjąć takim, jakim się poznaje. We łzach odsłania się nam prawda o wielu rzeczach. W nim człowiek wypuszcza z ręki panowanie nad sobą. Łzy wprowadzają nas w kłopotliwe odczuwanie bezradności, bezbronności, niemożności panowania nad czymś, a może przede wszystkim nad samym sobą.

W płaczu człowiek dopuszcza do siebie nie tylko swój grzech, ale i miłość Boga. Serce reaguje na miłość Boga łzami. Płaczący nie zamyka się na Bożą miłość, lecz przez nią zraniony, staje się zdolny jej doświadczyć. Łzy obmywają z grzechów, wymazują ślady, które one zostawiły w sercu, oczyszczają serce. Łzy ożywiają duszę. Sprawiają głęboki wewnętrzny pokój. Znikają namiętności i zagmatwane myśli. One chronią przed rozproszeniem i skupiają człowieka wewnętrznie na modlitwie. Kruszą ludzką dumę i usuwają myśli, których człowiek chciałby się trzymać.

Czwartek, 27 listopada 2008

Modlitwa nie ma być skuteczną przede wszystkim dla ciała, lecz dla duszy, dla serca, dla ludzkiej przemiany w myśleniu. Akceptacja stanu zdrowia bierze swój początek w sercu, w życiu duchowym, w myśleniu człowieka zmierzającym do zaufania Bogu. Może potrzeba zmienić swoje dotychczasowe myślenie o modlitwie, aby się nią nie rozczarować. Nie modlę się w tym celu, aby przede wszystkim coś otrzymać, lecz także wtedy, kiedy nie otrzymuję od Boga tego, o co gorliwie proszę, również wtedy się modlę. Uczę się przyjmować z wiarą również to, czego bardzo nie chcę, czego nie pragnę.

Środa, 26 listopada 2008

Cierpienie, w którym płaczemy, narzekamy, znosimy ból, a wszystko to odnosimy do Boga, jest modlitwą. Nie można oczekiwać, że słowa modlitwy zmniejszą ból. To nie jest środek, który „działa” w sposób magiczny. Modlitwa w cierpieniu jest znakiem tego, że niesiemy je z Chrystusem, a On niesie je z nami i za nas. Modlitwa nie prowadzi do złagodzenia bólu czy uzdrowienia z choroby. Może tak być, ale wówczas mamy do czynienia z nadprzyrodzoną ingerencją Boga.

Uczę się nie czekania na owoce mojej modlitwy, na skutki. Czasem słyszę taki pogląd, że kiedy się pomodlimy, będzie lepiej. Zachęcam siebie samego, aby nie oczekiwać na to, że poprawi się sprawność ciała, powróci dobry nastrój. Modlę się, aby wszystko w życiu moim było przeniknięte modlitwą. Nie modlę się, aby otrzymać zdrowie, lecz aby być blisko Boga, bez względu na to, co dalej ze mną się stanie. Żyję, więc się modlę. Modlitwa jest życiem. Przenika chwile młodości jak i starości; jest obecna w czasie kiedy do wszystkich pragniemy uśmiechać się z życzliwością jak i wówczas, kiedy bardzo cierpimy i jest ona złączona ze słonym smakiem łez.

Wtorek, 25 listopada 2008

Bunt jest zawsze przeciwko komuś lub czemuś. W sytuacji cierpienia buntuję się przeciw Bogu, oskarżając go o doznawanie bólu i niesprawiedliwości. Patrząc na cierpienie najbliższych, cierpię wraz z nimi. Pomagam w takim wymiarze, w jakim jestem w stanie to uczynić. Być z osobą najbliższą, słuchać tego, co mówi, pozwolić płakać, pozwolić na słowa skargi. Pomijam to, czy oskarżenia są słuszne czy też nie. Człowiek, który cierpi, ma prawo do skargi, do narzekania, użalania się, niezadowolenia. Nie wolno w żadnym wypadku takich jego odczuć oceniać. Uczucia wypowiadamy przez słowa. Taka jest reakcja człowieka na doświadczenie straty.

Bunt jest etapem przez który przechodzi większość ludzi doświadczających choroby, cierpienia, niemożności zaradzenia złu. Większość ludzi chorych i tych, którzy są ich bliskimi przechodzi przez etap buntu. Czy to jest normalne? Reakcja taka jest zrozumiała i nie można jej ominąć. Cierpienie, ból, choroba są złem. Można na nie reagować buntem, odrzuceniem, złością. Potem przychodzi czas na powolne przyjmowanie uciążliwej rzeczywistości.

Co możemy zrobić? Okazywać czułość, ciepło, zrozumienie, pomoc taką, na jaką nas stać. Osoby chore potrzebują obecności tych, przy których czują się bezpieczne, na które mogą być całkowicie otwarte.

Poniedziałek, 24 listopada 2008

Kiedy często wypowiadamy słowo kocham, z czasem tak będzie odczuwało nasze serce. Mamy prawo modlić się słowami: „Jezu, ufam Tobie!”, choć często odczuwamy, że nie dorastamy do prawdziwości, do głębi tych słów. Słowa modlitwy wychowują. Kiedy mówię „ufam”, wypowiadam silne pragnienie, aby Bóg ukształtował we mnie taką właśnie postawę. Nie dorastamy do treści większości modlitw będących przestrzenią spotkań z Bogiem. Nie należy myśleć o tym, że nie potrafimy naprawdę Bogu zawierzyć. To nie jest problem. Sprawa ta, należy do Boga. Zawierzenie jest łaską, jest cudem dokonanym przez Boga w człowieku. Nie należy wykonywać pracy, która jest w zakresie Bożego, a nie ludzkiego działania.

Żal wobec Boga wskazuje na to, że jesteśmy z Nim w bliskiej relacji. Nie mamy żalu do kogoś, kto nas nie obchodzi, na kogo jesteśmy obojętni, na kim nam nie zależy. Mam żal do Boga, ponieważ On nie odpowiedział na moje oczekiwania. Nie tylko Bóg nam przebacza, ale i my przebaczamy Bogu.

Niedziela, 23 listopada 2008

Pozytywne doświadczenia wpływają na budowanie odwagi. Kiedy się nie otwieramy, nie dzielimy przeżyciami, możemy atakować z racji nagromadzonych przeżyć, których uzewnętrznienie blokuje lęk. Warto także dopuścić taką myśl: to nic, że będę zraniony, lecz przez to, stanę się otwarty. Coś za coś. Mogę doświadczyć zranienia, zgadzam się, jeśli ono będzie dla mnie bramą prowadzącą do wolności. Lękając się zranienia, stajemy się niewolnikami teorii, poglądów mających swoje źródło w lęku. Próbuję zachować się inaczej, niż podpowiada lęk.

Należy mówić o swoim odczuciu irytacji, o braku poczucia bezpieczeństwa. Uwalniamy się od napięcia, urazów mówiąc z osobą zainteresowaną o tym, co nas boli w jej postawie. Dążę do przebaczenia. Żal podtrzymuje lęk, a nawet przyczynia się do jego rozwoju. Żal i lęk mieszkają razem.


« poprzednia -   1  2  3  4   - następna »


Liczba wyświetleń strony: 23075 * Liczba gości online: 29 * Ostatnia aktualizacja: 2020-11-25
© 2002-2020 by ks. Józef Pierzchalski SAC